Return of the Obra Dinn - recenzja

  • Autor: Bartek Witoszka
  • Opublikowano: 26 Październik 2018
  • Komentuj 2

Zaczynając swoją przygodę z Return of the Obra Dinn o 6:30 w środę przed pójściem na uczelnię myślałem, że pogram trochę i zobaczę z czym to się je. Czytałem zapowiedzi, jak i oglądałem materiały udostępniane przez twórcę, Lucasa Pope’a, jednak jeśli już coś mnie zainteresuje, to czekam tylko na dzień premiery (albo solidną obniżkę ceny) i nie zgłębiam dalej tematu. Teoria o miłości od pierwszego wejrzenia ma się dobrze w moim przypadku, gra trafiła do szufladki w mózgu “chcę, pragnę, chętnie ogram”. Jednak czy po czterech godzinach poświęconych na grę ten “związek” nie okazał się tylko zauroczeniem, ot przelotnym romansem?

Zdecydowanie nie, nowa produkcja Lucasa Pope’a, Return of the Obra Dinn zostaje z graczem na długo; w moim przypadku te cztery godziny, w które udało mi się skończyć grę, wystarczyło, żeby na przedmiocie Teoria Silników Lotniczych na pytanie “co robi sprężarka?” odpowiedzieć “spręża, panie magistrze…” (tak, inżynierowie nie mają poczucia humoru).

Tytuł przenosi gracza do roku 1807, gdzie wciela się w agenta ubezpieczeniowego Kompani Wschodnioindyjskiej, która w tamtym okresie była tym, czym obecnie jest Google lub inna wielka korporacja. Na początku XIX wieku najwięcej pieniędzy zarabiało się na sprowadzaniu, a potem sprzedaży w Europie towarów z odległych, orientalnych krain. Stąd pomysł na zrzeszaniu kupców właśnie w takie gildie - pojedynczy przedsiębiorca nie osiągnie tyle, co grupa handlarzy, która mogła regulować ceny czy wpływać na państwa i ich decyzje. Ten mini wykład z historii ma służyć wprowadzeniu w klimat jakiego doświadczymy podczas grania w Return of the Obra Dinn, a przy okazji przypomnieć, że korporacje nie są wymysłem XX i XXI wieku. Wspomniany na początku agent ubezpieczeniowy, ma za zadanie zbadać co stało się z tytułowym okrętem i jego załogą, podczas tych pięciu lat, które minęły od czasu zaginięcia. Obra Dinn miała pływać wokół Przylądka Dobrej Nadziei, jednak z nieznanych powodów zboczyła z kursu i słuch po niej zaginął. Aż do teraz….

Celem gry jest przypisanie wszystkich 60 imion i nazwisk, do odpowiedniej ryciny, postaci. Wtedy nie było fotografii, dlatego należy się zdać na szkic znaleziony podczas eksploracji statku. Należy również odkryć jaki los spotkał konkretną postać, czyli dopasowanie sposób w jaki ona umarła i kto za to odpowiada (przypadek, inny człowiek, a może jeszcze coś gorszego?). Tytuł od razu podsuwa wszystkie możliwe opcje śmierci, dlatego już na początku można domyślać się, że z Obra Dinn nie stało się nic dobrego. Jednak równie dobrze możecie pominąć tę całą zabawę w detektywa i skończyć grę z tylko kilkoma nazwiskami w naszym dzienniku. Oczywiście takie podejście będzie miało wpływ na jej zakończenie, ale uważam, że w tej produkcji ciężko wyróżnić to dobre i złe. Przykładowo mi udało się poprawnie odkryć los 56 postaci, co uważam za całkiem dobry wynik jak na 4 godziny rozgrywki, ale i tak dostałem osiągnięcie, którego opis sugeruje, że mogłem postarać się bardziej. Podczas zabawy nie czułem, że coś robię źle, więc gdyby nie Steam, prawdopodobnie nie wiedziałbym, że coś jest nie tak. Przynajmniej mam motywację, żeby powtórzyć grę i bardziej skupić się na sprawach.

Właśnie przejdźmy do tego aspektu, czyli w zasadzie rdzenie zabawy w Return of the Obra Dinn. Kolejne zagadki aktywujemy podchodząc do ciał załogi, wokół których unoszą się świetliki, więc na pewno ich nie przegapicie. Gdy podejdziemy do takiego miejsca nasza postać wyciągnie kompas, za pomocą którego będzie mogła zrekonstruować przebieg zdarzeń. Historia podzielona jest na dziesięć rozdziałów, z czego ósmy jest zablokowany. Nie odkryłem jeszcze sposobu na dobranie się do niego, prawdopodobnie należ “wymaksować grę”, czyli odkryć wszystkie 60 losów postaci. Po każdych trzech udanych próbach dedukcji gracz dostaje powiadomienie, że udało mu się odpowiednio dopasować nazwisko i rodzaj śmierci do danej postaci.  Każdy rozdział dzieli się na kilka części, a gracz zaczyna… no właśnie, w Return of the Obra Dinn kolejność nie ma znaczenia. Grę zaczynamy tak naprawdę od końca, gdzie kapitan tytułowego statku, jako ostatni z żywych, popełnia samobójstwo. Ale czemu to zrobił, co się stało z resztą, kim jest dla niego martwa kobieta w jego prywatnej kajucie? Na te pytania z czasem przyjdzie poznać nam odpowiedź. Po pierwszym udanym śledztwie gracz ma w zasadzie pełną dowolność w kwestii poruszania się po okręcie, jednak prędzej czy później i tak trafi on na wszystkie interaktywne elementy. Iluzoryczna wolność wyboru, która daje jednak trochę frajdy. Zresztą, w wielu grach decyzje są przereklamowane, dlatego lubię, gdy tytuł po sznurku prowadzi gracza z jednego ciekawego miejsca, do drugiego.

Podczas odkrywania kolejnych postaci miałem nieodparte wrażenie, że gram w Everybody’s Gone to the Rapture od studia The Chinese Room, czyli jeden z popularnych swego czasu symulatorów chodzenia. Tam również gracz był prowadzony przez tajemniczą poświatę, która aktywowała retrospekcje, dzięki którym można się było dowiedzieć co nieco o tajemnicach miasteczka Yaughton. Jeśli nie graliście, to serdecznie polecam, magiczne przeżycie.

Szczerze obawiałem się, że Lucas nie poradzi sobie z łatką “gościa od Papers, Please”. Wiecie, to że pięć lat temu osiągnął sukces, to nie znaczy, że uda mu się go powtórzyć. Tu przychodzi mi na myśl Markus Persson, znany jako Notch, który po gigantycznym sukcesie Minecrafta wpadł w “indyczą studnię” (nazwa moja, zastrzeżona), z której nie wyszedł do dziś. Nie potrafił powtórzyć sukcesu tej gry, nie był w stanie stworzyć czegoś lepszego, w końcu większość twórców (nawet taki pismak Cruzer) dąży do tego, by każdy jego następny projekt był lepszy, bardziej innowacyjny i doskonalszy od poprzedniego. Dobrze podsumował to film “Wszystko z nami w porządku”, gdzie jeden z bohaterów mówi o “wielkich Indykach”, jako o tych, którzy nie wiedzą czemu osiągnęli sukces, mieli po prostu szczęście. Lucas pokazał jednak, że jego sława nie była przypadkowa, a Return of the Obra Dinn to tytuł zupełnie inny od jego poprzedniej produkcji, co bardzo mnie ucieszyło, bo mechanika Paper, Please zupełnie do mnie nie trafiła.

Pora zatem na to, co najbardziej wyróżnia tę grę spośród wszystkiego, co obecnie jest dostępne na rynku. Chodzi o specyficzny styl graficzny, oparty na wektorach i ziarnistości, gdzie ten drugi efekt od razu przypomniał mi pierwszego Mass Effecta. Jest ciemno, szaro-buro i generalnie wygląda to na pierwszy rzut oka odpychająco, przynajmniej dla współczesnego gracza. Jednak nie dajcie się zwieść, bo pod tym, teoretycznie nieciekawym, czarno-białym czymś, kryje się zabawa oświetleniem, jak i cieniami. Wszystko zależy od położenia postaci, jak i odpowiedniej zmiany perspektywy, czasem przejście kilka centymetrów dalej, daje zupełnie inny pogląd na daną sytuację. Poza tym plusem takiej minimalistycznej i oszczędnej w szczegóły oprawy wizualnej są bardzo niskie wymagania systemowe, prawdopodobnie gra pójdzie nawet na kalkulatorze i to nawet na takim, co nie liczy całek.

Dźwięki w tej grze stoją na bardzo wysokim poziomie, idealnie dobrana muzyka oddająca aurę tajemnicy. Wprowadza w klimat gry, a wraz z przechodzeniem kolejnych rozdziałów staje się coraz bardziej niepokojąca. Tu warto zaznaczyć, że co dwa, trzy rozdziały ścieżka dźwiękowa ulega zmianom; raz jest radosna i skoczna, przywodząca na myśl szanty, by za chwilę przeobrazić się w taką, znaną choćby z filmów o Sherlocku Holmesie z Robertem Downeyem Jr. w roli głównej - pojedyncze i długie brzmienia sprawiają, że jeszcze bardziej można poczuć się jak detektyw.

Return of the Obra Dinn to nie jest gra dla każdego… jasne, to można powiedzieć o prawie każdej produkcji, ale w tym przypadku to stwierdzenie idealnie oddaje czym ta produkcja jest. Przede wszystkim zapomnijcie o jakichkolwiek podpowiedziach, bo oprócz szybkiego samouczka, który pokazuje jak używać dziennika nic więcej nie dostaniecie. Imion i nazwisk bohaterów należy się dowiadywać ze szczątkowych dialogów, które usłyszymy podczas retrospekcji, ale te bardzo rzadko padają wprost. Zazwyczaj mówi się o konkretnych rolach na statku albo narodowościach. Właśnie, zwracajcie uwagę na akcent, bo to on może często zadecydować o tym, jakie nazwisko należy dobrać do danej postaci. Myślę, że smaczku dodawały by różnego rodzaju znajdźki, pokroju zegarków, wachlarzy czy innych rzeczy osobistych załogi, na których można by umieścić niektóre imiona albo wskazówki dotyczące tego do jakiej postaci może należeć ten przedmiot. Jednak jak wspomniałem na początku, grę można ukończyć bez zabawy w imiona - po prostu chodzimy od trupa do trupa i patrzymy co mu się stało.

UWAGA, JEŚLI CHCECIE UNIKNĄĆ SPOILERÓW, TO OMIŃCIE TEN AKAPIT.

Kilka słów wypadałoby powiedzieć o historii okrętu Obra Dinn, bo ta nie jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Na początku myślałem, że to kolejna opowieść detektywistyczna z cyklu “zły kapitan, biedna załoga” (ewentualna zamiana ról). Jednak gdy pojawiły się... no właśnie co to KU*** jest?! Jakieś potwory morskie, które zaczęły atakować statek?! Gdy pierwszy raz zobaczyłem jeźdźców na gigantycznych krabach, które zaczęły pacyfikować załogę, to kompletnie zbiło mnie to z tropu. Jednak potem, gdy pod sam koniec gry przeprowadzałem retrospekcję na szalupach mój mózg wybuchł. Artefakt, który zaczął zabijać istoty podobne do Nag w uniwersum Warcrafta, a przy okazji spopielił, osobę, która go dotknęła - wszystko to było czymś niespodziewanym, ale cieszę się, że to zobaczyłem. Mam teraz powód by wrócić i spróbować odblokować rozdział ósmy, które może wyjaśnić kilka niejasności.

Czy mogę dodać coś jeszcze? Jeśli zakończenie gry Wam się nie podoba, to Lucas zwróci Wam za nią pieniądze, a przynajmniej tak pisał na swoim Twitterze. Postać w grze ma losowo generowaną płeć, mi trafiła się baba (czemu akurat ona?! Na pewno spisek), a dowiadujemy się tego na samym początku gry, podczas krótkiej wymiany zdań z przewoźnikiem na łodzi.

Jeśli lubicie nietypowe gry, z ciekawym pomysłem na siebie i nie boicie się czarno-białej grafiki, to rzućcie okiem na stronę Steam gry. Gra kosztuje 72 złote, dużo i niedużo zarazem, ale polecam z całego serca. Sprawa zaginięcia i powrotu Obra Dinn pochłonęło mnie prawie całkowicie i jestem przekonany, że w najbliższym czasie pochłonie jeszcze niejedną osobę.  

Pod tym wpisem można się reklamować. Jeżeli uważasz, że stworzyłeś bardzo dobry film związany z tematem wpisu, wklej do niego link w komentarzu. Najlepsze filmy zostaną tutaj na zawsze. Zapraszamy do komentarzy. Czekamy na Wasze opinie. Do dyspozycji naszych czytelników oddajemy również forum dyskusyjne... serdecznie zapraszamy tam do rozbudowanych dyskusji i kooperacji spoleczności brodaczy!

Komentarze