Marudzę, bo mogę… recenzja Marvel’s Guardians of the Galaxy

20170414150401_1

You just wanna suck the joy out of everything” – to jeden z tekstów Rocketa, który w filmie dał się poznać jako szop skory to bitki i wypitki. Ów cytat mógłby być motto mojej recenzji gry Marvel’s Guardians of the Galaxy: The Telltale Series, z jedną uwagą: chcę wyciągnąć z tego maksymalną ilość funu, ale nie jest mi to dane.

A nie jest mi dane z jednego powodu – skończyłam pierwszy epizod, ale nie oznacza to, że sobie pograłam. Produkcjom Telltale zarzucano filmowość oraz sprowadzenie czynności gracza do minimum. I tak jak przy Walking Dead czy The Wolf Among Us nie mogłabym się z tym zgodzić, tak w przypadku Guardians muszę przyznać krytykom rację… Cała gra to jeden wielki film stworzony na silniku gry, z sekwencjami QTE – dodam jeszcze, że baaardzo prostymi. Nie musiałam wykazywać się jakimś specjalnym refleksem, podczas walki spokojnie robiłam sobie screenshoty i notatki. Mamy dwie niewielkie lokacje, po których możemy się pokręcić, a poza tym idziemy jak po sznurku tam, gdzie chcą tego scenarzyści.

Pora na świętowanie? Za wcześnie...

Pora na świętowanie? Za wcześnie…

Osoby przyzwyczajone do trudnych wyborów moralnych w grach Telltale Guardiansi mogą rozczarować. Decyzje, które przyszło mi podjąć, sprowadzają się do prostego dylematu: jesteś luzakiem żyjącym na krawędzi prawa czy praworządnym strażnikiem galaktyki? Gra nie złapała mnie za serce, nie ścisnęła żołądka, nie wywołała bólu głowy – wszelkie ważne narządy wewnętrzne pozostały bez szwanku.

A teraz pytanie: czy takie spłycenie to wada? Guardians nie jest baśnią dla dorosłych (jak The Wolf Among Us stworzone na podstawie cyklu komiksów Billa Willinghama), czy post-apokaliptyczną wizją upadku człowieka (jaką jest The Walking Dead, którego pierwowzorem były komiksy Roberta Kirkmana i Toniego Moore’a). Przypomnijmy sobie film – to klasyczne przygodowe science-fiction, bez nadęcia, bez głębszej filozofii, ale za to z sympatycznymi bohaterami i jedynym w swoim rodzaju tandemem – klnący jak szewc szop plus gadające drzewo o gołębim sercu. Dlaczego po grze mielibyśmy spodziewać się czegoś innego?

Jeśli chodzi o fabułę i konstrukcję postaci: Telltale wywiązało się z zadania znakomicie. Scenarzysta niczym sztukmistrz odwraca naszą uwagę od prawdziwego zagrożenia i, mimo że na jego sztuczki prędzej nabrałby się pięciolatek, z radością podążamy za ruchami jego rąk. Można przewidzieć, co się wydarzy, ale ciekawi nas rozmiar katastrofy. Postacie są tak kreskówkowe, jak powinny być. Mogłabym właściwie przyczepić się tylko do Gamory, która wydaje mi się za mało agresywna, ale uznajmy, że złagodniała na skutek przebywania z Grootem…

Mimika jest świetna... ale czy on wygląda jak Peter?

Mimika jest świetna… ale czy on wygląda jak Peter?

Inna sprawa to grafika. Mimika prezentuje się doskonale. Możnaby wprawdzie pomyśleć, że po obcowaniu z Andromedą nawet twarze w Contrze będą robić wrażenie, ale Guardians wygląda naprawdę dobrze. Nieco gorzej jest z odwzorowaniem wyglądu bohaterów o ludzkich twarzach. Peter kojarzy mi się z młodszym Williamem Defoe – nie ma w sobie nic z Chrisa Pratta, podobnie jak Gamorze brakuje charakteru Zoe Saldany, jest jakaś chudsza i delikatniejsza. I po co jej te żółte cienie do powiek?

Żałuję też, że Telltale zrezygnowało z komiksowej szaty graficznej, która świetnie sprawdzała się w poprzednich produkcjach. Mogli pójść w kierunku stylistyki komiksów o superbohaterach albo klasyków science-fiction takich jak Valérian.

Rocket to zdecydowanie nie jest szop-pracz ;-)

Rocket to zdecydowanie nie jest szop-pracz ;-)

Na początku recenzji poruszyłam kwestię ”filmowości” gier Telltale. Zaznaczę, że dostępny jest tylko jeden epizod, ale mogę grę śmiało polecić wielbicielom filmu. Równie dobrze scenarzysta obu produkcji mógł być ten sam. Klimat, estetyka – wszystko się zgadza. Dialogi między postaciami są bardzo ciekawe i słucha się ich z przyjemnością, zwłaszcza że zatrudniono bardzo dobrych aktorów. I nie brakuje też dobrej muzyki.

W grze nie brakuje ciekawych wnętrz

W grze nie brakuje ciekawych wnętrz

Przejście pierwszego epizodu wraz z czytaniem wszystkich dialogów zajęło mi godzinę. Przy napisach końcowych poczułam się jak po przejściu bardzo długiego prologu, zwłaszcza że intryga zawiązuje się dopiero w drugiej połowie rozgrywki. To właściwie największy minus tej gry.

Ale trzeba przyznać, że Guardians są umiejętnie napisani. Nie mamy wątpliwości co do tego, że bohaterowie wpakują się w spore tarapaty, bo ciekawi nas bardziej to, jak się z nich wykaraskają. Ponadto nieco tanim, ale niezawodnym zagraniem jest zakończenie epizodu zawieszeniem akcji, po którym w głowie biednego gracza pałęta się pytanie – i co teraz?!

Zdaję sobie sprawę, że moja recenzja zaczęła się od narzekania, a skończyła na pochwałach, ale taki był też mój odbiór gry. Na początku byłam zniechęcona ubogością wyboru i opcji grania, ale po pół godzinie fabuła wciągnęła mnie jak dobry komiks.

Gra dostępna na Steamie dziś o godzinie 19:00, za wszystkie pięć planowanych epizodów zapłacie 20 Euro z groszami, po premierze cena wzrośnie do 23 Euro.

Gamora <3

Gamora <3

Pod tym wpisem można się reklamować. Jeżeli uważasz, że stworzyłeś bardzo dobry film związany z tematem wpisu, wklej do niego link w komentarzu. Najlepsze filmy zostaną tutaj na zawsze. Zapraszamy wszystkich do komentowania naszych artykułów. Czekamy na Wasze opinie. Do dyspozycji naszych czytelników oddajemy również forum dyskusyjne... serdecznie zapraszamy tam do rozbudowanych dyskusji i kooperacji społeczności brodaczy!